Niniejszy pamiętnik jest potwierdzeniem, że informatycy to odrębny gatunek ludzi. Chociaż to “ludzi” nadal pozostaje dyskusyjne…
Dzień pierwszy
Nareszcie dostałem pracę. Firma mieści się w wieżowcu w centrum Warszawy. Mam sie zajmować problemami ich użytkowników (głównie dyrekcji). Powiedzieli mi, że jako IT jesteśmy ostatnią deską ratunku, bo psychoterapeuci już się poddali.
Dzień drugi
Przyszedł do nas pracownik i poprosił o reinstalację systemu. Zapytany o konieczność zabezpieczenia danych, odpowiedział, że już to zrobił. Pół godziny po skończeniu reinstalacji przyszedł znowu i powiedział, że nie może danych “wyarchiwizować”. Okazało się, że wbrew jego oczekiwaniom zgranie na dyskietkę skrótu do “Moich dokumentów” nie załatwia sprawy…
Dzień trzeci
Pojawił się u nas gość wyglądający na strasznie sfrustrowanego i znerwicowanego z prośbą o naprawę Media Playera. Jak nam wyjaśnił kiedy ogląda pornosy, odtwarzacz zawiesza się o tyyyle za wcześnie (”tyyyle” powiedział stękającym głosem, po czym się rozpłakał)
Dzień czwarty
Zrobiłem dzisiaj porządki na biurku. Kiedy usunąłem stertę kabli, przejściówek i papierów okazało się, ze mam służbowego laptopa, telefon i kawałek zielonej pizzy (widocznie Vegetariana).
Dzień piąty
Dzisiaj przydzielili mnie do dostaw nowego sprzętu dla pracowników. Prawie każdy marudził mi, że czekał na swój komputer bardzo długo. Ale użytkownicy też nie są bez winy, bo wprowadzają nas w błąd. Ewenementem jest jakiś wariat, który złożył zamówienie, że niby dla nowego pracownika, a się okazało, że od 8 lat jest na emeryturze. Co za ludzie…
Dzień szósty
Chyba nie myślicie, że w sobotę pracowałem